wypełnianie woli Bożej jest ważnym środkiem zjednoczenia się z Bogiem i miłowania Go. Poucza nas o tym Jezus mówiąc do ks. Ottayio (21 XII 1975): „Chcę ci powiedzieć o modlitwie, której nauczyłem Moich Apostołów: o Mojej woli,,. Ta Moja wola jest ogólna. Wszyscy wiedzą, że Bóg chce tylko dobra i wymaga go od wszystkich. Wszyscy wiedzą, że Bóg nie chce zła i to nigdy, dla żadnego powodu. Zło nie może być nigdy usprawiedliwione! Nie ma celu, ani powodu tłumaczącego zło: nigdy, absolutnie nigdy!
Następnie jest Moja Wola, nie taka ogólna, ale również
Żądam zachowania dziesięciu przykazań,,. Z kolei jest Wola Boża mniej znana, ale która nie mniej obowiązuje. Jest to Wola, dzięki której Bóg chce mieć ludzi na właściwym miejscu, w rodzinie, Kościele, w społeczeństwie. Wolę tę można poznać dzięki modlitwie. Ojciec mój daje światło i pomoc szczególną, by każdy mógł zająć właściwe mu miejsce, czyli pójść za swym posłaniem, powołaniem.
Wreszcie jest wola dopuszczalna, którą również trzeba przyjąć, ufając Mojej Dobroci, Miłości i Mądrości, To nie Ja pragnę klęsk i nieszczęść, gnębiących ludzi, Wy sami wywołujecie to swoją przewrotnością, waszym buntem wobec praw Bożych i naturalnych. Ja tylko pozwalam na te błędy, by zrealizować Me plany Miłosierdzia i Sprawiedliwości, by stąd wynikło dobro duchowe dla dusz. Dość często ludzie, doświadczeni cierpieniem i nieszczęściem, odwracają się od Boga, oskarżając GO o nieufność i głuchotę. Mówią tak, bo są zaślepieni. Zapominają, że to ich grzechy powodują te przeciwności. Nie znają dobra wyższego ponad wszystkie ich cierpienia, jakie Ja potrafię uzyskać.
Jeśli nieświadomość woli Bożej, zawiniona, jest nieszczęściem dla każdego, to cóż powiedzieć o odrzuceniu światła, w sprawie koniecznej do zbawienia, przez duszę Bogu poświęconą?
Odrzucenie dobra dla zła jest wielką winą wobec woli Bożej. Jeśli ktoś chce zając! miejsce Boga i narzucać innym własną wolę, popełnia zło bez miary. Grzech tak częsty, jak odrzucenie natchnień łaski, dzieje się też wbrew woli
Bożej. Sprzeciwianie się woli Bożej, przeszkadzające własnemu powołaniu lub powołaniu innych, jest grzechem wywołującym oburzenie Boga. By można było żyć w sposób uporządkowany w rodzinie, w Kościele, w społeczeństwie, by każdy człowiek mógł osiągnąć swój cel, dałem przykazania i przepisy. Nauczyłem też ludzi, o co mają prosić codziennie Boga — Stwórcę, Odkupiciela i Uświęciciela. W modlitwie <Ojcze nasz> zebrane jest wszystko tak prosto i przystępnie,
żaden mistrz na świecie nie potrafiłby tego naśladować”.
Nie rozumiem.Czy nieświadomość może być zawiniona?
_________________ " A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne" (Ga 6,7-8).
merkaba, podaj źródło tego twojego postu. Pozdrawiam
_________________ " A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Swiętego, który został nam dany" ( Rz.5,5)
Ilekroć mowa jest o pełnieniu woli Bożej, tylekroć przywołuje mi to na myśl pewne interpretacje tego zagadnienia, do których mocno się psychicznie zraziłem. Chodzi mianowicie o tezę, że nie wszystko, czego w swoim sumieniu chce człowiek jest zgodne z wolą Bożą wobec niego.
A nie sądzę, żeby Bogu podobało się szantażować człowieka i odbierać mu wolność wyboru spośród wielu dobrych możliwości. Człowiek, jeżeli się go zmusza do rezygnacji z czegoś, co by wybrał zgodnie ze swoim przekonaniem, nie jest zadowolony.
Czy Bóg mógłby być podobny do rodzica szantażującego w ten sposób dziecko: "jak mi tego nie zrobisz, to cię nie będę kochał", "jeśli tego nie wybierzesz, to znaczy, że mnie nie kochasz".
Ale nie tylko rodzice tak postępują wobec dzieci. Niekiedy zachodzi to również między chłopakiem a dziewczyną. Tak na marginesie pogoniłbym w końcu taką dziewczynę na cztery wiatry, jeżeli usiłowałaby mnie tak szantażować, bo nie wytrzymałbym z nią nerwowo.
Co by to był za Bóg, skoro podobałoby Mu się, aby człowiek był niezadowolony z powodu niemożności wybierania zgodnie z własnym przekonaniem i zaszantażowany możliwością pójścia do piekła w razie kierowania się własnym wyborem, własną decyzją i samodzielnym myśleniem (nie między dobrem a złem, a spośród wielu możliwości wyboru dobra)?
Gdybym tak miał wierzyć w Boga i tak pojmować pełnienie Jego woli, to czułbym się, szczerze mówiąc, jak pies uwiązany na postronku, na łańcuchu lub w kagańcu szarpiący się i wyjący beznadziejnie z powodu własnego położenia i tęsknoty za wolnością .
Jakoś dla mnie jest to niedopuszczalne i chore takie podejście.
Ale to działa w obie strony. Ja czuję się szczęśliwy i zadowolony, jeżeli wybieram cokolwiek zgodnie z własną i nieprzymuszoną wolą. Sądzę, że Bóg też jest szczęśliwy, jeżeli człowiek jest szczęśliwy. Jeżeli Bogu miałoby się podobać unieszczęśliwianie człowieka, to ja w takiego Boga wierzyć bym nie chciał.
Akurat fragment z tej książki brzmi dla mnie jakoś przystępniej niż szereg innych opracowań. Nic mnie w tu nie razi.
Ale czego bym nie czynił - czy to chętnie i ochoczo, czy to niechętnie i przymuszając się, nigdy nie mam pewności, czy Bóg by tak chciał, jak ja zrobiłem czy wybrałem. Wtedy mogę być zdany albo na doświadczonego kierownika duchowego, albo na własne sumienie.
W tym wypadku nie chodzi mi o wolę Bożą zasadniczo wyrażoną w przykazaniach Bożych i kościelnych, bo jest mi to dane na twarz i oczywiste. Bardziej chodzi o konkretne wybory i decyzje podejmowane w konkretnych chwilach życia mieszczące się w granicach tych przykazań i nie stojące z nimi w oczywistej sprzeczności.
I tak, skoro przykazanie Boże przewiduje święcenie Dnia Pańskiego poprzez udział w Eucharystii, czy dla Boga ma to jakieś znaczenie, czy będę na niej w kościele parafialnym czy w innym niż parafialny, czy kościół ten będzie stary czy nowy, czy będzie miał prostą czy krzywą wierzę , czy będzie w Mrągowie, czy w Kętrzynie?
Jak dotąd zasadniczo nikt mi tych rzeczy nie objaśnił. Byli sobie święci, do których Bóg przemawiał bezpośrednio i wiedzieli wszystko.
Jeżeli Bóg chce traktować człowieka w sposób dojrzały i poważny, uważam, że bez przyznania mu autonomii w myśleniu i decydowaniu się tu nie obejdzie. Źli to rodzice i wychowawcy, którzy mówią swoim podopiecznym i dzieciom: "masz robić to, co ja ci każę", "nie dyskutuj, bo ja tak chcę", "nie, bo nie", "ja wiem lepiej, co dla ciebie dobre, a ty się zamknij"...
Za takimi zwrotami kryje się kompletne niezrozumienie psychiki wychowanka, czyli niedoskonałość wychowawcy. Tym samym uważam, że gdyby Bóg chciał tak postępować z człowiekiem, też nie byłby doskonały, jeżeli nie umiałby przemówić do człowieka w taki sposób, aby go wewnętrznie przekonać do swojej woli.
Bardziej chodzi o konkretne wybory i decyzje podejmowane w konkretnych chwilach życia mieszczące się w granicach tych przykazań i nie stojące z nimi w oczywistej sprzeczności.
Mnie także. I ciągle jest to dla mnie trudne i nieodgadnione. Można przestrzegać wszystkie przykazania Boże i kościelne,to żaden problem.
Problem jest wtedy,gdy człowiek jest już "skazany" w momencie narodzin na takie życie,jakiego nikt by nie chciał. Zrozumieć wtedy wolę Bożą , pogodzić się z nią i
zaakceptować - to wymaga nieustannej modlitwy aby wytrwać.
Już nawet nie zrozumieć, bo to niemożliwe,ale wytrwać bez buntu i w pokorze.
_________________ " A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne" (Ga 6,7-8).
Mnie już nawet nie o to chodzi, żeby zaakceptować swoje życie ze wszystkim, co ono niesie. Chodzi bardziej o normalne codzienne decydowanie, myślenie, wybieranie i sięganie po różne rzeczy, które nie są złe i które mam możliwość wybrać bez żadnych trudności (są jeszcze takie rzeczy, które nie są dla mnie łatwe do osiągnięcia, ale ten aspekt akurat tu pominę).
I dla mnie wydaje się czymś głupim zachowywać bierność, nie decydować się na nic i nie decydować o niczym w swoim życiu, tylko czekać wiecznie na jakieś enigmatyczne głosy wewnętrzne czy znaki z nieba na coś mi zezwalające lub czegoś zabraniające: "tu idź", "tego nie rób", "cofnij się", nie wybieraj tego" itp.
Znam księdza z diecezji elbląskiej, który wręcz śmiał się z takiego podejścia, w którym ktoś tłumaczy swoje decyzje i wybory tym, że "Pan mu kazał": "Pan mi kazał wyjechać do Indii", "Pan mi kazał to", "Pan mi kazał tamto", "Pan mi tego zabronił".
Toć czy ja jestem człowiekiem niespełna rozumu? Czyż Bóg za takiego chciałby mnie uważać? I właśnie takie głupoty mnie irytują.
I dla mnie wydaje się czymś głupim zachowywać bierność, nie decydować się na nic i nie decydować o niczym w swoim życiu, tylko czekać wiecznie na jakieś enigmatyczne głosy wewnętrzne czy znaki z nieba na coś mi zezwalające lub czegoś zabraniające: "tu idź", "tego nie rób", "cofnij się", nie wybieraj tego" itp.
Słusznie. Toż Pan Bóg po to dał nam rozum i wolną wolę, abyśmy mądrze mogli dokonywać wyborów. Nie można,więcej, nie wolno być biernym.
Czasem jednak pozornie ,nie mamy wyboru, prawie żadnego pola
"manewru", taką sytuacją jest np.choroba, uwarunkowania ekonomiczne itp. Zawsze jednak pozostaje modlitwa.
To także wybór,jak sądzę dobry.
_________________ " A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne" (Ga 6,7-8).
Nasunęło mi się któregoś dnia przemyślenie w tym temacie. Kiedy ktoś powiedział Jezusowi: "Mistrzu, chcielibyśmy jakiś znak od Ciebie",Jezus odrzekł: "Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku..."
Odniosłem to do wcześniejszej refleksji. Mnie też kiedyś się wydawało, że człowiek bardziej wierzący i uduchowiony zawsze oczekuje nadzwyczajnych znaków i we wszystkim próbuje się ich dopatrywać sam niczego nie podejmując bez nich. A Jezus nazywa coś takiego wiarołomstwem i przewrotnością.
Bóg jeśli daje znaki, to nie jakieś nadzwyczajne, nie przez wszystkie wydarzenia przemawia i nie przez wszystkich ludzi. A jak się chce nadzwyczajnych znaków, to już lepiej udać się do wróżbity, astrologa, powróżyć sobie z fusów, postawić pasjansa i... dać zrobić z siebie wariata.
Pytanie tylko, co jest gorsze: czy 1) niekorzystne uwarunkowania zdrowotne i ekonomiczne same w sobie, czy 2) przekonanie, że Bóg chciał, aby tobie, mnie czy komuś tam jeszcze było źle pod względem zdrowotnym czy ekonomicznym.
Przyjmując drugie założenie można dojść do absurdalnego wręcz wniosku, jakoby Bóg traktował ludzi wierzących jako "chłopców i dziewczynki do bicia". Dlatego sądzę, że jak kto sobie pewne sprawy tłumaczy, tak też i wierzy.
Ten z rogami niestety robi wszystko, aby skłonić człowieka do przyjęcia tego drugiego założenia.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach